Uczyłem tam tylko 3 lata, ale… to był bardzo dobry czas. W minionym tygodniu I Liceum Ogólnokształcące w moim mieście obchodziło 120. Rocznicę swojego istnienia. Z tej okazji zaplanowano różne uroczystości na które zostałem zaproszony, jako były nauczyciel tej szkoły.
Wśród różnych – trwających 4 dni obchodów – był czas również na modlitwę. W czwartkowe przedpołudnie w kościele położonym niedaleko szkoły celebrowana była Msza św. dziękczynna za 120 istnienia szkoły – za uczniów, nauczycieli, absolwentów i tych, którzy już odeszli do wieczności.

Liturgii przewodniczył arcybiskup, który jest absolwentem liceum, a w koncelebrze byli księża absolwenci i ja, były nauczyciel – katecheta. Na Mszę św. przyszła dyrekcja – obecna i była, nauczyciele, absolwenci i kilku uczniów.

Czy ta Msza była w ogóle potrzebna, skoro obecnych uczniów prawie nie było? Była potrzebna, a nawet konieczna, bo… jak zauważył główny celebrans i kaznodzieja, jest za co dziękować, jest za co być wdzięcznym i jest o co – za kogo – Pana Boga prosić.

Z zaciekawieniem wysłuchałem kazania arcybiskupa, który odniósł się i do Ewangelii i do swoich wspomnień z czasów szkolnych i do obecnej sytuacji, która ma miejsce w Polskiej szkole.

Dla mnie osobiście zaproszenie na te obchody jak i uczestnictwo w Eucharystii dziękczynnej i upamiętnienie jej przez pełną dokumentację, było ważnym wydarzeniem, spotkaniem moich uczniów i kolegów/ koleżanek z pracy oraz dziękczynieniem za społeczność tego najlepszego w mieście i województwie liceum ogólnokształcącego.






























