
Kiedy powiem, że szósty dzień pielgrzymowania do Santiago rozpocząłem o godz. 4:10 to oczywiście nie zaskoczy to nikogo, bo ostatnie dni dokładnie tak u mnie wyglądały. Każdy dzień zaczyna się długo przed świtem i poranki są do siebie dość podobne.

Wyszedłem z alberqe i przechodząc obok katedry w Tiu wyruszyłem w drogę, które tego dnia wiodła przez całe duże i rozległe miasto, które było skąpane w światłach przydrożnych latarni. Następnie szedłem lasem i polami i doszedłem do miasta, na którego przedmieściach rozciągał się park magazynów samochodowych, warsztatów maszyn rolniczych i biur tych przedsiębiorstw. Ulica, która szła przez środek – jakby rozdzielając poszczególne firmy nie miała końca. Szedłem i szedłem i szedłem, a mijały mnie tylko samochody. Na końcu jednak tej uliczki – przynajmniej tak było na mapie – znajdować się miał bar, w którym – marzyłem tylko o wypiciu czarnej kawy americano!

Tak też się stało. Na końcu ulicy magazynów znajdował się mały, prowadzony przez małżeństwo bar, w którym kupiłem dużą czarną kawę i wypiłem ją delektując się smakiem. Smakowała wyjątkowo, choć była to zwykła czarna kawa.

Po chwili na kawę, ruszyłem w dalszą drogę dochodząc do miejscowości Atios. Niewielkie miasto położone na szlaku pomiędzy Tiu, a Rodonedela przykuło moją uwagę, gdyż przy głównej ulicy miasta naraz natrafiłem na Bikers House – motocyklowy dom – w którym nie tylko można było kupić motocykl, ale w klimacie motocyklowym wypić piwo, wino, kawę lub zimny napój. Uśmiechnąłem się pod nosem myśląc – jak ten św. Jakub mnie dobrze zna, że na drodze mojego pielgrzymowania stawia mi takie miejsca. Idąc dalej tą samą główną ulicą miasteczka natrafiłem na zaparkowany przy drodze motocykl – bordowego choppera Vilcan900, a jeszcze kilkaset metrów dalej znalazłem motocyklową, skórzaną rękawiczkę. Trzy motocyklowe znaki od św. Jakuba… ale o tym, już w innym poście.

Idąc dalej przeszedłem przez małą miejscowość Porrino, gdzie zatrzymałem się na chwilę w niewielkim kamiennym kościółku, a następnie wychodząc z miasteczka zacząłem mijać co raz więcej pielgrzymów, którzy tak jak ja podążają do Santiago. Skąd ich tak wielu nagle w jednym miejscu? To tutaj rozpoczyna się szlak minimum. To ostatnie 120 km do Santiago, po których przejściu można dostać certyfikat tzw. kompostelkę.

Idąc znowu polami, lasami i małymi wioskami doszedłem do miejscowości w której planowaliśmy nocleg – wraz ze znanymi mi Słowakami. Kiedy weszliśmy do właściciela alberqe a było to godzina 9:15, właściciel ze zdumieniem zapytał – a wy w jakiej sprawie? My na nocleg – odpowiedzieliśmy – ale… zająknął się właściciel, ale moim pielgrzymi dopiero wychodzą na szlak. Popatrzyliśmy na siebie i po chwili refleksji postanowiliśmy – iść dalej kolejne 7 km (2 godziny drogi) by dojść do miejscowości Rodondela na nocleg.

Tak też zrobiliśmy i po blisko 2 godzinach i wypitej po drodze pysznej kawie – drugiej w tym dniu – dotarliśmy do miejscowości Rodondela, gdzie o 13:00 otwierany był alberqe, a przed nim ustawiona była już niezła kolejka. Dołączyliśmy do niej licząc na to, że znajdziemy się w tej szczęśliwej 40 pielgrzymów dla których znajdą się miejsca noclegowe. I znalazły się, ale… za nami – były jeszcze 4 panie i… był już komplet.

Po zalogowaniu w miejscu noclegu na 20:00 poszedłem do miejscowego kościoła parafialnego na Mszę św. oczywiście po hiszpańsku, ale ku mojemu zdziwieniu wśród 4 kapłanów celebrujących było 2 Polaków. Obok mnie był jeszcze ksiądz z diecezji Wrocławskiej, który wraz ze znajomymi też pielgrzymuje szlakiem Camino.

Po Eucharystii i chwili modlitwy poszedłem na nocleg, by o 21:30 leżeć już na górnym łóżku i regenerować siły przed kolejnym dniem pielgrzymki.





























