Piąty dzień pielgrzymowania do Santiago miał być tym dniem – jednym z takich spokojniejszych – gdyż do przejścia było zaledwie niespełna 20 km. Poranny wymarsz – jak zwykle – rozpoczął się chwilę po godz. 4:00. Mając założoną czołówkę najpierw szedłem polami, a potem lasem. Nie było w tym nic nadzwyczajnego do momentu, kiedy jak w filmie pełnym grozy nagle naprzeciw mnie – jakby zupełnie znikąd – z ciemności – wyłoniła się postać dużego, dobrze zbudowanego mężczyzny, który szedł w moją stronę. Zrobiło się dość niekomfortowo. W pewnym momencie by rozładować sytuację powiedziałem bom dia. Na co on odpowiedział tym samym – dzień dobry – i poszedł dalej mijając mnie.

Nie ukrywam, że były to chwile grozy, które szybko minęły i wcale nie skończyły bo… po ponad godzinie od wymarszu dotarłem do małej miejscowości, która choć spowita była snem i ciemnością oraz mgłą, która unosiła się nad ziemią to jednak tętniło w niej życie, bo w centrum miasteczka – naprzeciw kościoła – działał bar, do którego wszedłem by kupić kawę, a tam przy barze zobaczyłem… mężczyznę z lasu. Swoista – niekończąca się opowieść.

Wypiłem kawę, zjadłem portugalskie ciastko, zrobiłem foto i… poszedłem w dalszą drogę maszerując polnymi drogami i małymi miasteczkami, zatrzymując się w różnych miejscach na zrobienie zdjęcia i nagranie jakiegoś komentarza lub zrobienie przebitek do późniejszego vloga.

Po drodze spotkałem innych pielgrzymów – Włochów, Francuzów, a nawet Malezyjkę, którzy pielgrzymowali w różnym tempie ale w jednym słusznym kierunku – do Santiago.

Tak dotarłem do małego miasteczka Valenca do Minho położonego tuż przy granicy z Hiszpanią. Puste uliczki – gdyż było około godziny 8:00, pozamykane jeszcze sklepy i kościółki. Te ostatnie chwile w Portugalii zakończyło przejście przez twierdzę do mostu na rzece Mino, która jest naturalną granicą pomiędzy dwoma krajami.

Pożegnałem Portugalię i po przejściu przez most znalazłem się w mieście Tui – w innym kraju, innym czasie i innej rzeczywistości. Innym czasie bo do godziny 9:00 dodałem godzinę i tak oto zrobiłem się o godzinę starszy. Innej rzeczywistości, bo i pogoda się zmieniła – zrobiło się chłodniej, a i miasto Tui wyglądało już zupełnie inaczej niż miasta w Portugalii.

Jako, że Tui było celem mojego dzisiejszego pielgrzymowania kroki skierowałem do katedry, gdzie – jak sądziłem będzie może wieczorem msza św. lub będę mógł odprawić Eucharystię przy jednym z ołtarzy bocznych. Po dotarciu do pięknej zabytkowej katedry górującej nad miastem okazało się, że o godz. 11:00 będzie Msza św. po hiszpańsku i będę mógł się dołączyć do liturgii. Tak też zrobiłem. Wraz z księdzem wikariuszem katedry celebrowaliśmy Eucharystię w bocznej kaplicy Najświętszego Sakramentu.

Po Eucharystii – za pomocą tłumacza w komórce – podziękowałem księdzu wikariuszowi za to, że mogłem się dołączyć do mszy św. i nie musiałem szukać ołtarza. W odpowiedzi usłyszałem – to jest Kościół, to jest twój dom księże – witaj w domu! Podziękowałem za tak miłe przyjęcie, a słowa te zapamiętam na długo.

Po Eucharystii zwiedziłem zabytkową katedrę, w której natrafiłem na wyjątkowy ołtarz poświęcony temu, co będzie się działo z nami po śmierci. Swoista Biblia Pauperum – Biblia Ubogich przemawiała i dziś przemawia niezwykle mocno do świadomości wierzących i niewierzących – jak mniemam. Na temat tego ołtarza napiszę słów kilka w kolejnym poście.

Po Mszy ruszyłem do Albergu położonego w cieniu katedry w Tui i maleńkiego kościoła położonego tuż obok. Po tradycyjnym zarejestrowaniu się w miejscu noclegu i uczynieniu zwyczajów związanych z toaletą i praniem był czas na wypoczynek – rozmowy polsko – słowackie przy dobrym piwie.






























