Tegoroczną III Niedzielę Wielkanocną spędziłem – jako „proboszcz” – zastępując jednego z proboszczów wiejskiej parafii w mojej diecezji. Miałem radość odprawić trzy Msze święte, udzielić Komunii, wyspowiadać wiernych, przeczytać wypominki, oraz wygłosić trzy kazania. Niby nic nadzwyczajnego – jak na księdza – ale… dla mnie była to wielka radość bycia księdzem w niedzielnej posłudze parafialnej.

Niewielka 2,5 tys. wiejska parafia, trzy Msze święte – o godz.9:00, 11:00 i 16:00 na których były pełne ławki, i Komunia święta, która trwała, trwał i trwała, bo wierni, którzy byli na Eucharystii w większości podeszli też do ołtarza.
Czy może być coś piękniejszego w życiu księdza? Czy może być coś radośniejszego, niż fakt, że głosisz Słowo Boże i ludzie odpowiadają na pytania postawione w czasie kazania, gdy ruszają tłumnie do spowiedzi, a po Mszy świętej stoją przed kościołem, by z tobą zagadać, zaprosić na kawę i na obiad? Czy może być większa radość dla księdza, gdy wychodzi do ołtarza nie sam, ale z całą armią służby liturgicznej – począwszy do podstawówki, przez technikum, studia, po pracujących?
To są małe radości z wiejskiej, niedzielnej, kapłańskiej posługi.






























