Cała historia tego porodu rozpoczęła się przed południem w piątek 31 stycznia. Oczywiście – jak to już standardowo wygląda – był telefon od szefowej hospicjum z informacją, księże \będziemy rodzić. Mamie sączą się już wody płodowe, pewnie niebawem będzie poród. Oczywiście w gotowości odpowiedziałem na ten telefon, przygotowałem się i czekałem na to co może się dalej wydarzyć.

Niestety nic się nie wydarzyło przez kolejne… godziny. Wieczorem w piątek pojawił się kolejny telefon z wiadomością w słuchawce – proszę księdza. Idziemy spać, jakby, gdyby co będziemy dzwonić w nocy. Nawet gdyby dzwonił jakiś telefon nieznany – to proszę odebrać. O oczywiście odpowiedziałem, nie mam problemu. Tak więc noc spędziłem na czuwaniu – i nie było to czuwanie modlitewne, a czuwanie przed porodowe.

Noc minęła spokojnie – bo bez telefonu – choć na czuwaniu. W sobotę była cisza – jakby zupełnie sprawa sama się już rozwiązała. Niedziela – bez telefonu. Pomyślałem, że może dzieciątko się już urodziło i ochrzciła je pani położona, tak więc ja nie miałbym nic do roboty. Ale…

W poniedziałek rano – jak zwykle po pacierzu poszedłem się umyć i wracając usłyszałem telefon z obcego numeru. Dwa nie odebrane połączenia i trzecie trwa. Odbieram i słyszę – księże jak ksiądz może, to proszę przyjechać do szpitala, będziemy rodzić.

Wsiadłem w samochód i popędziłem do jednego ze szpitali w moim mieście, aby wypełnić swoją posługę. Wszedłem do szpitala na blok porodowy – oczywiście w sutannie, co wzbudziło – jak zwykle zresztą, nie lada zdziwienie. Wszedłem do Sali porodów rodzinnych – wcześniej ubierając się w odzież  ochronną – zielony fartuch.

Spotkałem się z mamą, która – jak się okazało – istotnie od piątku rano oczekuje w szpitalu na narodziny swojego drugiego dziecka. Porozmawialiśmy chwilę – na tyle na ile była w stanie ze mną rozmawiać, mając co chwile skurcze. Zapytałem czy mama zgadza się na to, bym ochrzcił jej maleństwo oraz o imię jakie wybrała dla swojego dziecka. Po tej rozmowie wyszedłem z sali porodowej.

Jaka się okazało po kilku chwilach, mam za chwilę otrzyma znieczulenie i pewnie pójdzie spać, a z pewnością to wszystko się spowolni, tak więc – może ksiądz przejechać tu za 2,3 godziny. Nie ma sensu by stać tu na korytarzu. Ta informacja nie co mnie zmartwiła ale…

Postanowiłem na 2 godziny pojechać do domu, ale gdy tylko zjechałem windą do wyjścia to spotkałem ojca kamilianina, który jest kapelanem szpitala – a co ksiądz tu robi usłyszałem, bo wie ojciec… i zacząłem się tłumaczyć, spotkanie – przypadkowe zakończyło się kawą u kapelana. W czasie kawy zadzwonił telefon z informacją, księże ten poród będzie jednak wcześniej- niech się ksiądz zbiera.

Wyszedłem od ojca i skierowałem się na blok porodowy. Tym razem to już był ten czas. Mamę było słychać już z daleka na korytarzu bloku operacyjnego. Ból rodzenia naturalnego jest jednak duży. Czekałem w tzw. czystej śluzie na ten moment kiedy mnie zawołają. Trwało to chwilę ale.. po chwili pani położna zawołała – jest ksiądz? Dajcie księdza. Podszedłem i zobaczyłem że na brzuszku mamy leży mały płaczący człowiek.

– mamo czy chcesz abym ochrzcił twoje dziecko?

– tak, tak – usłyszałem.

– tato – mężczyzna siedział obok łóżka porodowego  – jakie mię wybrałeś dla swojego dziecka?

– F… – dopowiedział mężczyzna.

– F… ja ciebie chrzczę w imię Ojca I Syna i Ducha Świętego. Amen.

Zaraz po chrzcie, który trwał kilka chwila, a który mama przepłakała odwracając się do lekarzy pielęgniarek i położnych powiedziałem – a teraz wszyscy razem – chwała Ojcu I Synowi i Duchowi Świętemu… – wszyscy jednym głosem odmówili tę modlitwę, po czym podziękowałem i odszedłem na bok.

Po chrzcie dzieciątko trafiło w ręce neonatologów, którzy zmierzyli, zwarzyli, osłuchali – to akurat zrobiła doktor pediatra. A potem dzieciątko zawinięte w becik trafiło w ręce taty. Mama musiała jeszcze urodzić łożysko. A potem już dziecko było tylko dla rodziców.

Nie ukrywam, że gdy słyszę pierwszy krzyk, a potem kolejne związane z płaczem dziecka, wewnętrznie jestem poruszony. Do oczu napływają łzy zarówno radości jak i smutku, bo wiem, że ta radość może trwać tylko chwilę.

Wyszedłem z sali porodów rodzinnych, rozebrałem się z zielonego fartucha i kierując się do wyjścia zatrzymałem na chwilę rozmowy panią doktor pediatrę, która była przy porodzie.

– Pani doktor i co dalej?  – zapytałem.

– Trudno powiedzieć. Dziecko może pożyć dobę, a może pożyć nawet miesiąc. Przed nami operacje związane z wadami jakie ma maleństwo. Trudno wyrokować co będzie dalej. – dopowiedziała pani doktor.

– Więc – pytałem dalej – jak Pani ocenia – ja stoję przy tym że rodzice zrobili dobrze- nie przerywając ciąży – dobrze, ze urodzili to dziecko, a co Pani doktor uważa?

– Wie ksiądz, ja też jestem osobą wierzącą, ja pracuję tutaj ponad 30 lat i widziałam różne przypadki. Nie jestem panem Bogiem, bym miała oceniać co zrobić. Teraz wszystko w rękach Boga, myśmy zrobili już wszystko co mogliśmy i możemy jeszcze coś zrobić i to będziemy robić , choć to rodzice podejmą decyzję co dalej. – usłyszałem.

Podziękowałem raz jeszcze Pani doktor za to, że mogłem być w czasie porodu i wróciłem do domu.