W miniona sobotę 8 sierpnia Pan Bóg powołał do wieczności Kościelnego z mojej pierwszej parafii. Zmarłego znałem od 17 lat, a jego zaangażowanie w życie Kościoła, było i dla mnie zawstydzające. On żył dla Kościoła, a może inaczej Kościół był Jego życiem – obok Małżonki, Córek i wnucząt.

Znajomość z Panem Kościelnym rozpoczęła się wraz z przyjściem do mojej pierwszej parafii. O był jak drugi wikariusz, który w kościele jest i rano – choć Msza była dopiero popołudniu, ale i wieczorem podczas liturgii świętej. Był w niedzielę, uroczystości, dni powszednie i święta. Był w kościele i na plebanii zajmując się sprawami gospodarczymi. Był w pracy ale i w czasie wspólnego świętowania – tego oficjalnego, ale i mniej oficjalnego. Był kościelnym ale i współbratem w posłudze parafialnej. Wówczas – przez 4 lata mojej posługi parafialnej – wraz z księdzem proboszczem, panem organistą i Zmarłym byliśmy takim „zapleczem” parafialnym tworząc swoisty wspólnotę posługi.
Kiedy na dzień przed pogrzebem zadzwonił do mnie kolega – obecny proboszcz parafii – i poprosił bym powiedział kazanie pogrzebowe, to z jednej strony bardzo się ucieszyłem, a z drugiej strony zadrżałem, bo… mówić o człowieku wielu talentów, człowieku oddanym Bogu, Kościołowi i Rodzinie nie jest łatwo. Przyjąłem jednak to zaproszenie do głoszenia i natychmiast zabrałem się za pisanie kazania.
Przygotowany i fizycznie – z kartkami i duchowo na pożegnanie pojechałem na uroczystości pogrzebowe. Nie powiem. Nie było łatwo mówić do zgromadzonej w świątyni wspólnoty parafialnej wraz z rodziną Zmarłego. Łzy cisnęły się do oczu, ale… to się Zmarłemu należało.

Pan Bóg zabrał Pana Kościelnego do siebie. Wierzę, że już teraz Pan Kościelny pije kawę z Księdzem Proboszczem ciesząc się obecnością Pana Boga i świętych Pańskich w Królestwie Bożym. Cieszą się Bożą zapłatą za dobre życie. Obyśmy się tam, w niebie, a przynajmniej w czyśćcu jeszcze spotkali!






























