Właśnie wróciłem z pogrzebu mojego kolegi z liceum i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że był to – pierwszy w moim życiu – pogrzeb świecki, w sensie bez udziału duchownego, a z tzw. mistrzem ceremonii. Nigdy dotąd nie uczestniczyłem w takiej ceremonii.
Ale od początku…
Kilka dni temu poproszony przez brata zmarłego – mojego kolegę z klasy pojechałem do szpitala do chorego kolegi, by przygotować go na ostatnią drogę. Przyjął – już nieprzytomny – Sakrament Namaszczenia Chorych. Odmówiłem modlitwę – przypisaną w rytuale Sakramentu Chorych, który mówi o zmarłym toczącym ostatnią walkę, a na koniec zaproponowałem tym, którzy byli obok, abyśmy wspólnie odmówili Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Pamiętam, że Pan Jezus obiecał św. Faustynie, że jeśli będzie odmawiało tę koronkę przy konających, to Pan Jezus przeprowadzi umierającego do królestwa Ojca. Skoro wiec Pan Jezus obiecał, to trzeba się trzymać tej jego obietnicy!

Wracając ze szpitala w samochodzie odmówiłem jeszcze znana mi koronkę do ran Pana Jezusa – o mój Jezu przebaczenia i miłosierdzia przez zasługi Twoich świętych ran. Ojcze przedwieczny ofiaruję ci rany Pana naszego Jezusa Chrystusa ma uleczenie rany duszy i ciała….
Tego samego dnia po godz. 22:00 chory zmarł. Kiedy się o tym dowiedziałem pomyślałem sobie – że dobrze, rodzina i najbliżsi zdążyli przygotować swojego bliskiego na spotkanie z Panem życia i śmierci, i… przyszło też takie przeświadczenie, że… teraz już wszystko sobie przejaśnili On i Jezus – już nie wierząc, że On jest, ale mając pewność, że jest!

Po kilku dniach odbył się pogrzeb, który według woli zmarłego miał mieć charakter świecki i taki był. Ale… jako, że znaliśmy się od dzieciństwa – będąc ministrantami, potem lektorami, a potem z czasów szkoły, postanowiłem uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej, innej niż zwykle. To było dla mnie osobiście smutne, trudne i dość dziwne doświadczenie. Smutne, bo wiązało się z pogrzebem kogoś, kto odszedł w kwiecie wieku, w same południe swojego życia. Trudne, bo było to pożegnanie bez udziału duchownego – bez nabożeństwa, bez Mszy świętej ale… podczas spotkania w kaplicy pogrzebowej świecki mistrz ceremonii zachęcił wszystkich do modlitwy Ojcze nasz, a przy grobie ceremonię zakończył modlitwą wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Trudne – bo bez księdza po świecku, ale… z modlitwą i odwołaniem do – cyt. my się jeszcze spotkamy, to jeszcze nie jest koniec. To było również doświadczenie dziwne – bo czułem się tam obco będąc księdzem stałem w tłumie i to, co mogłem to odmówiłem całą część różańca świętego modląc się za Zmarłego w tajemnicach chwalebnych – aby Pan Jezus przyjął Zmarłego do siebie.

Na uroczystości pogrzebowej spotkałem również moich kolegów i koleżanki z klasy, którzy również znali Zmarłego i chcieli towarzyszyć Mu w Jego ostatniej drodze.

Na cmentarzu koleżanka z klasy powiedziała do mnie – wiesz… tak sobie myślę – skoro pogrzeb świeci, to po co ten mistrz mówi Ojcze nasz? To nie złośliwość, ale fakt. Przyznam, że miło się zaskoczyłem, przyznałem Jej rację i powiedziałam, że Panu Bogu trzeba nam dziękować za łaskę wiary, którą otrzymaliśmy od naszych Rodziców. Bo mamy świadomość, że wraz ze śmiercią nic się nie kończy, ale jest jeszcze życie wieczne. To nie tylko wiara, ale i zapewnienie, które Pan Bóg nam zostawił. On nam to obiecał!

Niech Pan Bóg da zmarłemu życie wieczne, a nam głęboką wiarę w to, że On jest Panem życia i śmierci, i że On wie co robi!
P.S.
Niesamowite jest dla mnie to, że mój kolega pomyślał o mnie – nie tylko jako o koledze, ale o księdzu, który może usłużyć posługą sakramentalną, że mogę przynieść Jezusa! Jest we mnie wdzięczność!




























